Nie mam zdania na ile się to uda zrobić. Plan jest prosty - trzeba zorganizować jakieś pieniądze na tę książkę. Kiedyśtam... było inaczej... Pisało się do wydawców, potem się znalazło wydawcę, potem ten wydawca brał kolejne książki.... Dzisiaj nie jest tak pięknie, bo wydawca na starcie liczy... ile straci. I stawia jakieś głupie warunki, które - o ile się je podpisze - mogą zniszczyć kawał dobrej roboty. Z drugiej strony wydać samodzielnie... no to jest najbezpieczniejsze, ale nie ma za co.
I w gruncie rzeczy nie bardzo jest jak przetestować CZY coś z tego wyjdzie, a praca nie jest krótka i prosta...
I dlatego wymyśliłam ten projekt.
I nie będę go reklamowała, o - a to ciekawostka. ;-)
Bo sobie pomyślałam, że dam Niebu szansę - jeśli te wzorki mają jakikolwiek sens, a co za tym idzie moja praca ma sens - to się obroni bez reklamowania. Czyli zbiorę tyle ile chciałabym zebrać. Bez żadnego szumu i jakichś reklamoakcji. Czas jest długi, dwa miesiące... Wystarczająco, żeby Ten, który chce trafić, bo naprawę go to interesuje - trafił. Na szczęście zasady są wszędzie takie same - wszystko albo nic. Czyli nawet gdyby zabrakło grosika na końcu zbiórki - i tak projekt się anuluje. I bardzo dobrze. Albo to jest cokolwiek warte albo nie. I trzeba się o tym faktycznie przekonać.
Jeśli się uda - będzie książka, bo wówczas będzie mnie stać, żeby ją wydać.
Jeśli się nie uda - póki co zachowam się czujnie i przygotuję materiał w taki sposób, żeby się go dało puścić na części, nie wiem może na Etsy, ot jakiś wzór na cośtam za grosik w pedeefie... Za dwa miesiące powinnam mieć tych wzorów... no dużo w sumie... A modele może się rozda albo sprzeda, albo jeszcze nie wiem.
I tak właśnie postanowiłam.
No to podziergam nieco....;-)
Devorgilla's CelticPatterns
... for CraftsArtists
written from the Neverending Love to Geometry and Crafts and... Scotland...
2012-06-02
2012-06-01
Wsparcia brak czyli....
... chuchajcie na zimne....
Zgłosiłam projekt.
Na szkockim serwisie. Ale śmieszne, co nie?
Póki co dostałam odpowiedź, że:
- mam się nie czepiać mojej angielszczyzny, albowiem jest znakomita a te drobne błędy to pikuś (mały pikuś) i to się poprawi, a juści
- szmaty mam ekstraordynaryjne
- dostanę maila oraz info co dalej...
Kciuki trzymajcie.
I am the orphan Scot, lost in space...
To jest motto mojego hecnego projektu....
Zgłosiłam projekt.
Na szkockim serwisie. Ale śmieszne, co nie?
Póki co dostałam odpowiedź, że:
- mam się nie czepiać mojej angielszczyzny, albowiem jest znakomita a te drobne błędy to pikuś (mały pikuś) i to się poprawi, a juści
- szmaty mam ekstraordynaryjne
- dostanę maila oraz info co dalej...
Kciuki trzymajcie.
I am the orphan Scot, lost in space...
To jest motto mojego hecnego projektu....
2012-05-28
Polska bywa wkurzająca...
No tak.
Chciałam crowdfunding w polskim wydaniu.
Bo przeciez jestem patriotką.
Znalazłam dziś... to... (kliknij)
Dziekuję. Oczywiście złożyłam projekt, odpowiedzi jeszcze nie mam, ale... nawet gdyby była pozytywna to ja podziękuję i rezyguję z realizacji projektu w Polsce. Zmykam szukać jakiegoś normalnego kraju, z normalnym prawem, normalnym serwisem....
Chciałam crowdfunding w polskim wydaniu.
Bo przeciez jestem patriotką.
Znalazłam dziś... to... (kliknij)
Dziekuję. Oczywiście złożyłam projekt, odpowiedzi jeszcze nie mam, ale... nawet gdyby była pozytywna to ja podziękuję i rezyguję z realizacji projektu w Polsce. Zmykam szukać jakiegoś normalnego kraju, z normalnym prawem, normalnym serwisem....
2012-05-26
Zanim mnie wetnie na amen...
1. Zepsuł się email. Sama go zepsułam, bo chociaż przeczytałam dawno temu na jakimś forum, że absolutnie NIE NALEŻY dodawać do Gmaila telefonu - zgłupiałam i dodałam taką kartową komórkę... Nie mam emaila. No cóż. Jeśli ktokolwiek w ciągu ostatnich 4 dni pisał tamże w sprawie dowolnej - uprzejmie proszę o hasło w komentarzu... BARDZO proszę :-)
2. WIEM, jak sfinansować moją książkę. Bo policzyłam i się załamałam. Generalnie chcę wydać sama. Z różnych powodów (łatwo zgadnąć). Zatem skorzystam sobie z PolakPotrafi.pl Chciałam wcześniej wyruszyć w świat, ale się okazało, że zagraniczne portale wymagają zagranicznego adresu i konta w zagranicznym banku, czyli zdechło. Mówi się trudno. Napiszę projekt w dwóch językach, powieszę na blogu info w dwóch językach i zobaczymy... może znajdą się Chętni, żeby mnie wesprzeć i otrzymać nagrody?
Aha, bo nagrodami będą wszystkie rzeczy, które wydziergam dla potrzeb ksiażki. No i książka, rzecz jasna, kiedy już się ukaże. W ten sposób zagospodaruję nader słusznie te szaliczki, szaliki, poncza itede co wydziergam, bo wydziergam.
Dziergam właśnie dwudziesty piąty...
Zaglądam tutaj, co jakiś czas (co 40 rządków...)...
Zaglądajcie i Wy, cooo? ;-) Bo mi smutno jest....
2. WIEM, jak sfinansować moją książkę. Bo policzyłam i się załamałam. Generalnie chcę wydać sama. Z różnych powodów (łatwo zgadnąć). Zatem skorzystam sobie z PolakPotrafi.pl Chciałam wcześniej wyruszyć w świat, ale się okazało, że zagraniczne portale wymagają zagranicznego adresu i konta w zagranicznym banku, czyli zdechło. Mówi się trudno. Napiszę projekt w dwóch językach, powieszę na blogu info w dwóch językach i zobaczymy... może znajdą się Chętni, żeby mnie wesprzeć i otrzymać nagrody?
Aha, bo nagrodami będą wszystkie rzeczy, które wydziergam dla potrzeb ksiażki. No i książka, rzecz jasna, kiedy już się ukaże. W ten sposób zagospodaruję nader słusznie te szaliczki, szaliki, poncza itede co wydziergam, bo wydziergam.
Dziergam właśnie dwudziesty piąty...
Zaglądam tutaj, co jakiś czas (co 40 rządków...)...
Zaglądajcie i Wy, cooo? ;-) Bo mi smutno jest....
2012-05-24
Jeden z dwudziestu
... żeby nie było, że ja tak tylko ględzę i nic nie dziergam ;-)
A tego patchworka to na początek życzę sobie uszyć takiego:
Koncepcję przeformatowałam, biorąc pod uwagę stan moich szyjnych umiejętności (umiem mianowicie zrobić niechcący tak, że mnie potem dwa dni szyja boli) oraz czas, którego nie mam. W teorii wszystko wiem, hurra. W praktyce Kankanka będzie miała przekichane i mnie wyblokuje z telefonu {lol}... Można zrzynać, jesli się podoba. Dane tyż podam nader chętnie (chociaż na obrazku widać wszystko), może Która Siedząca z Maszyną uszyje w dzień i będziemy się zachwycały? ....
| All Rights Reserved ;-) |
2012-05-21
Zapoczątkuję...
Zatem:
- potrzebuję ścinki (ale nie takie milimetrowe, nieco większe) tkanin bawełnianych (!)
- oferuję szal/szalik w stylu celtyckim, do uzgodnienia kolor i rozmiar, z gotowych które posiadam (fotki wyślę Zainteresowanym)
Zdałam sobie sprawę, że chyba potrzebny mi psychiatra. Ale w chwilę potem zdałam sobie sprawę, że psychiatra mi nie pomoże, tylko kasę zedrze. Nie mam jej za dużo (tej kasy), zatem nie będę utrzymywała psychiatrów. Raczej spróbuję sobie uświadomić SAMA, co mnie truje. Sobie uświadomiłam.
Główna trucizna to fakt, że mając pół szuflady bardzo poważnych dyplomów oraz 26 lat zusowo-składkowych jestem osobą bez zawodu. Czyli można mnie porównać z Obywatelem po gimnazjum. Czyli trzeba zdobyć zawód. Bardzo śmieszne, w wieku lat 48. No naprawdę kabaret. Skąd mam sobie wytworzyć możliwość zdobycia zawodu, skoro jestem szczęśliwą posiadaczką Obywatela z I grupą (właśnie papier przyszedł poleconym...) oraz szczęśliwą posiadaczką dwóch defektów genetycznych...
Nauczę się szyć.
Nauczę się, słowo honoru.
Jak co uszyję to będzie frajda, że niedoszły doktor w zakresie geometrii różniczkowej uszył ;-)
Poza tym truje mnie jeszcze parę innych rzeczy, ale te są mniejsze, zatem można je olać dla psychicznego komfortu.
No to jak? Która ma kawałki bawełniane do pozbycia "się" i chce w zamian szaliczek? :-))
Tych kawałków to ja potrzebuję raczej dużo. Tak z kilo powiedzmy.... Jak barter to barter - szal waży pół kilo, drugie pół kilo to moja dzierganina = zamienię na kilo bawełny w ścinkach większych {lol}. Zamiana wygląda tak: ja robię foty, Chętna robi fotę, wymieniamy się fotami, decydujemy. Jeśli okej - ja wysyłam szalik, jak dojdzie - Chętna wysyła kilo kawałków. Pasuje? Piszemy na blogach cośmy zbarterowały, ku pamięci oraz ku uciesze Ogółu :-)
- potrzebuję ścinki (ale nie takie milimetrowe, nieco większe) tkanin bawełnianych (!)
- oferuję szal/szalik w stylu celtyckim, do uzgodnienia kolor i rozmiar, z gotowych które posiadam (fotki wyślę Zainteresowanym)
Zdałam sobie sprawę, że chyba potrzebny mi psychiatra. Ale w chwilę potem zdałam sobie sprawę, że psychiatra mi nie pomoże, tylko kasę zedrze. Nie mam jej za dużo (tej kasy), zatem nie będę utrzymywała psychiatrów. Raczej spróbuję sobie uświadomić SAMA, co mnie truje. Sobie uświadomiłam.
Główna trucizna to fakt, że mając pół szuflady bardzo poważnych dyplomów oraz 26 lat zusowo-składkowych jestem osobą bez zawodu. Czyli można mnie porównać z Obywatelem po gimnazjum. Czyli trzeba zdobyć zawód. Bardzo śmieszne, w wieku lat 48. No naprawdę kabaret. Skąd mam sobie wytworzyć możliwość zdobycia zawodu, skoro jestem szczęśliwą posiadaczką Obywatela z I grupą (właśnie papier przyszedł poleconym...) oraz szczęśliwą posiadaczką dwóch defektów genetycznych...
Nauczę się szyć.
Nauczę się, słowo honoru.
Jak co uszyję to będzie frajda, że niedoszły doktor w zakresie geometrii różniczkowej uszył ;-)
Poza tym truje mnie jeszcze parę innych rzeczy, ale te są mniejsze, zatem można je olać dla psychicznego komfortu.
No to jak? Która ma kawałki bawełniane do pozbycia "się" i chce w zamian szaliczek? :-))
Tych kawałków to ja potrzebuję raczej dużo. Tak z kilo powiedzmy.... Jak barter to barter - szal waży pół kilo, drugie pół kilo to moja dzierganina = zamienię na kilo bawełny w ścinkach większych {lol}. Zamiana wygląda tak: ja robię foty, Chętna robi fotę, wymieniamy się fotami, decydujemy. Jeśli okej - ja wysyłam szalik, jak dojdzie - Chętna wysyła kilo kawałków. Pasuje? Piszemy na blogach cośmy zbarterowały, ku pamięci oraz ku uciesze Ogółu :-)
2012-05-19
Nudzę się
... jak mops przysłowiowy...
Ileż można dziergać cholerne szaliczki...
Z nudów wymyśliłam sobie kapy. Wirtualnie sobie wymyśliłam, paczłorkowo sobie wymyśliłam i na ekranie sobie wymyśliłam oraz MAM.
Ciekawe, kto to uszyje (Kankanka? Maryna?)...
Takie zrobiłam. Wściekle niebieskie, żebym nie zapomniała jakie odcienie brązu trzeba wziąć i dlaczego koniecznie pięć...
Można głosować na wzorek. Nawet potrafię zapodać ile czego i w jakich rozmiarach należy wyciąć. W barterze dam wzór wybrany w zamian za... bo ja wiem... bezglutenową krakowską? ;-) Dobra, bez żartów, idę dalej dziergać cholerne szaliczki...
Kolorki są obsesyjne, ale łatwo się rysuje... W brązach... w różach... położyłabym na wyrku, bez dwóch zdań oraz z radością ;-) Plus poduchy, rzecz jasna.
Aha, zapodałam te obrazki w dobrej jakości. Można zrzynać, ale jak złapię zerżnięte bez sznurka do Devo to ubiję ;-)
Aha, zapodałam te obrazki w dobrej jakości. Można zrzynać, ale jak złapię zerżnięte bez sznurka do Devo to ubiję ;-)
2012-05-17
Takie tam
Natchniona dwoma tekstami: tekst nr 1 (kliknij) i tekst nr 2 (kliknij) zaczęłam się zastanawiać nad... NAMI.
I nad cafe drut, którego nie będzie. Bo nie będzie w zaistniałej sytuacji. A tak sie postarałam, przez ostatnie trzy lata nagromadziłam sobie różnych rzeczy, przede wszystkim narzędzi...
Nie będę komentowała Greków, jako Ludzi. Znam Ich, byłam tam pół roku, mieszkałam między Nimi... Trochę podobni do Polaków. Masa Fajnych Ludzi, którym garstka złodziei przykleiła metki. Polak? Wiadomo (właściwe wpisać). Grek to samo. I co dziś, w takim głębokim kryzysie, robi Grek? Ten normalny, zwyczajny... Właśnie.
Czy czeka nas to samo?
Myślę, że tak. I myślę, ze przyszedł czas, żeby zacząć o tym mówić i zastanawiać się nad sobą, gdyby ten moment przyszedł. Już tak na dobre. A może to będzie dobry czas dla rękodzielników? Już nie chodzi o zdobycie jakiegoś majątku - raczej o spokojne i najedzone życie... I tak czeka nas wojna ;-) Niemniej... miasto ma przekichane. Wielkie miasto. W takim wielkim mieście to ja jestem zalezna od tylu różnych bezsensownych rzeczy... Nie jeżdżę samochodem - zatem mam problem z dojazdem na targ i z dowiezieniem zakupionego w barterku... Normalnie smutek.
Ale wracając - rozmawiałyśmy kiedyś o barterze. Pogadamy jeszcze raz?
Aha, i ja prywatnie, nie uzgadniając, chciałam zapodać, że jeśli Któraś chciałaby się z Kankanką skontaktować - musi wiedzieć, że Kankance padła sieć. I nie wstanie ze dwa tygodnie, zatem Kankanka jutro przyjedzie do mnie na pół dnia, posta powiesi i na maile poodpisuje. :-)
I nad cafe drut, którego nie będzie. Bo nie będzie w zaistniałej sytuacji. A tak sie postarałam, przez ostatnie trzy lata nagromadziłam sobie różnych rzeczy, przede wszystkim narzędzi...
Nie będę komentowała Greków, jako Ludzi. Znam Ich, byłam tam pół roku, mieszkałam między Nimi... Trochę podobni do Polaków. Masa Fajnych Ludzi, którym garstka złodziei przykleiła metki. Polak? Wiadomo (właściwe wpisać). Grek to samo. I co dziś, w takim głębokim kryzysie, robi Grek? Ten normalny, zwyczajny... Właśnie.
Czy czeka nas to samo?
Myślę, że tak. I myślę, ze przyszedł czas, żeby zacząć o tym mówić i zastanawiać się nad sobą, gdyby ten moment przyszedł. Już tak na dobre. A może to będzie dobry czas dla rękodzielników? Już nie chodzi o zdobycie jakiegoś majątku - raczej o spokojne i najedzone życie... I tak czeka nas wojna ;-) Niemniej... miasto ma przekichane. Wielkie miasto. W takim wielkim mieście to ja jestem zalezna od tylu różnych bezsensownych rzeczy... Nie jeżdżę samochodem - zatem mam problem z dojazdem na targ i z dowiezieniem zakupionego w barterku... Normalnie smutek.
Ale wracając - rozmawiałyśmy kiedyś o barterze. Pogadamy jeszcze raz?
Aha, i ja prywatnie, nie uzgadniając, chciałam zapodać, że jeśli Któraś chciałaby się z Kankanką skontaktować - musi wiedzieć, że Kankance padła sieć. I nie wstanie ze dwa tygodnie, zatem Kankanka jutro przyjedzie do mnie na pół dnia, posta powiesi i na maile poodpisuje. :-)
2012-05-14
Punkt 1
MOPS wydał orzeczenie o znacznym stopniu niepełnosprawności dla Obywatela. Zaocznie. Nawet nie wzywał na komisję. Nie wiem jeszcze czy bezterminowo, ale chyba tak, skoro nie wzywali na komisje, mają przysłać pocztą w czwartek...
Jakoś głupio. Mi jest. Ale cóż...
Teraz powalczymy z ZUSem....
Jakoś głupio. Mi jest. Ale cóż...
Teraz powalczymy z ZUSem....
2012-05-09
Help ;-)
O helpie za chwilę. Będzie, ponieważ utknęłam na dobre...
Sfrustrowałam się. Najpierw jakieś marsze w obronie kłamstwa, potem koko spoko, a na końcu wczoraj przeczytałam na jakimś forum o sobie (tak tak, o sobie, bom belfer przecież jest), że jestem (jako ten belfer, że niby) "budżetowe ścierwo" i takich jak ja (belfrów, urzędasów itd. czyli budżetowe ścierwa) należy zamknąć jak Julkę Tymoszenko. Najlepiej wszystkich. Komentarz wspomniany plusiki zebrał... Wesoło. Ponadto matura tegoroczna z matematyki jaka była - każdy zobaczył.
Aha... I dietę muszę stosować. I osiągów póki co - nie mam żadnych, jak było tak jest.
No to o tym helpie... Mamy bąbla. Na słupku. Bąbel to drobiazg. Ale ten słupek... cztery oczka na prawo na okrągło... I jak to nazwać??? Słupek brzmi idiotycznie. Sprawdziłam parę słowników (angielszczyzna ofeurje "cord", "icord", ale polszczyzna...). Zatem: nie jest to sznurek (no bo nie jest). Ani też sznur. Niewątpliwie jest to rura, znaczy rurka. Ale rurka jest sztywna, a to nie jest. Nie jest to taśma ani też nie jest to kanał (pffhahaha)... Słupek też jest do bani, bo się kojarzy z takim słupkiem na chodniku. To co to jest to coś???? Wąskie, długie, giętkie (pffhahaha) i z włóczki, wydziergane na okrągło to jest... Mnie to słowo jest potrzebne na wczoraj, bo ja pisać nie mogę... i dobiegam do 20-go szaliczka... z samozaparciem dobiegam, jeszcze tylko 10... ;-)
No?? To jak to nazwać, żeby było ładnie???
No to o tym helpie... Mamy bąbla. Na słupku. Bąbel to drobiazg. Ale ten słupek... cztery oczka na prawo na okrągło... I jak to nazwać??? Słupek brzmi idiotycznie. Sprawdziłam parę słowników (angielszczyzna ofeurje "cord", "icord", ale polszczyzna...). Zatem: nie jest to sznurek (no bo nie jest). Ani też sznur. Niewątpliwie jest to rura, znaczy rurka. Ale rurka jest sztywna, a to nie jest. Nie jest to taśma ani też nie jest to kanał (pffhahaha)... Słupek też jest do bani, bo się kojarzy z takim słupkiem na chodniku. To co to jest to coś???? Wąskie, długie, giętkie (pffhahaha) i z włóczki, wydziergane na okrągło to jest... Mnie to słowo jest potrzebne na wczoraj, bo ja pisać nie mogę... i dobiegam do 20-go szaliczka... z samozaparciem dobiegam, jeszcze tylko 10... ;-)
No?? To jak to nazwać, żeby było ładnie???
2012-04-23
Załamałam się
... ale się podniosłam... chyba...
Mam skierowanie na jakies p-ANCA, c-ANCA i cośtam jeszcze.... czy aby na pewno ja JESZCZE jestem zdrowa....
Ale upiekłam chleb. I mi wyszedł po raz pierwszy w zyciu, ale to nie moja zasługa, tylko Magdy i mieszanki, com od Magdy (proszę odwiedzić Magdę) dostała. Wiecie jak to jest - zjeść normalny cudny bezglutenowy chleb, z kmineczkiem, i dosolony na "akurat", pierwszy raz od miesiąca, bo dotychczas to na styropianie....? Nie wiecie? To ja Wam powiem. Ten chleb to ja z tej radości normalnie pocałowałam ;-) Matko z synem - MAM CHLEB! Nie jestem skazana na styropian (sic!)... I bez zakalca, i w ogóle się zachwycam... Ten chleb jest PIĘKNY, okrąglutki, pyzaty bocheneczek, z masłem i bez obkładu bym go całego zjadła, ale zostawię Obywatelowi, mam gest ;-)
Bo poza tym tkwię w dole głębokim.
Wolałabym ocalić moje nerki.
A tu widoki marne....
Mam skierowanie na jakies p-ANCA, c-ANCA i cośtam jeszcze.... czy aby na pewno ja JESZCZE jestem zdrowa....
Ale upiekłam chleb. I mi wyszedł po raz pierwszy w zyciu, ale to nie moja zasługa, tylko Magdy i mieszanki, com od Magdy (proszę odwiedzić Magdę) dostała. Wiecie jak to jest - zjeść normalny cudny bezglutenowy chleb, z kmineczkiem, i dosolony na "akurat", pierwszy raz od miesiąca, bo dotychczas to na styropianie....? Nie wiecie? To ja Wam powiem. Ten chleb to ja z tej radości normalnie pocałowałam ;-) Matko z synem - MAM CHLEB! Nie jestem skazana na styropian (sic!)... I bez zakalca, i w ogóle się zachwycam... Ten chleb jest PIĘKNY, okrąglutki, pyzaty bocheneczek, z masłem i bez obkładu bym go całego zjadła, ale zostawię Obywatelowi, mam gest ;-)
Bo poza tym tkwię w dole głębokim.
Wolałabym ocalić moje nerki.
A tu widoki marne....
2012-04-18
Mądrość dnia (nowego)
Chore matki nie powinny rodzić chorych dzieci.
Jedno POWINNO być zdrowe. Któreś. W tandemie nie da się żyć. Któreś polegnie.
Nie wiem, jak można by to było rozwiązać, może po prostu zrobić kompleksowe badania genetyczne obligatoryjnie, ZANIM jeszcze spłodzi się dziecko. Sprawdzić matkę.
Bo potem urodzi dziecko.
Bo dziecko będzie chore.
Bo potem okaże się, że zostanie sama.
A na końcu, że TEŻ jest chora.
A w naszym (podobno) kraju nie ma na co liczyć.
I w pewnym momencie trzeba wybrać.
Ale tu nie ma wyboru. Każdy jest ZŁY.
Kiedyś wrócę. Jak wydziergam 30 szaliczków. ;-)
Gdzieśtam w środku NAPRAWDĘ myślałam, że w tych moich wynikach nie wyjdzie nic.
I chyba oberwałam. W dodatku na własne życzenie.
2012-04-17
Gdzieś tam jest odpowiedź...
Ja się tak czuję, jakbym wiele lat temu zabłądziła gdzieś i z trudem szukam drogi. Ta moja celiakia to jakiś absurd jest. Z jednej strony okej, w porządku - plasujemy się oboje z Obywatelem bardzo zgrabnie predyspozycyjnie... Dawno temu napisałam na blogu, że Obywatel odziedziczył po mnie JEDNĄ chorobę. Ja jestem chora na dwie, a On na jedną i ot cały kłopot. Bo mnie te dwie to się wzajemnie znoszą. A Jemu nie ma co się znosić. I dlatego On jest bardziej chory. I ja miałam rację.
W ogóle ja wszędzie miałam rację, od samego początku, wiele lat temu, jak odstawiłam słoik pod wannę i zrobił się czerwony... I tylko pogodzić się trudno, kiedy wysmętniałam się na setkach strona maili, że ja WIEM, gdzie jest defekt, no i co z tego, że ja nie jestem lekarzem? Ja jestem matematykiem, chyba lepszym niż sama przypuszczałam, bo ja to znalazłam. Czysto teoretycznie, analizując siebie i Jego, zestawiając objawy... I ja trafiłam z dokładnością do prążka, ale nikt mnie nie chciał słuchać. Jaka jest szansa, że amator trafi w prążek? No. Bez badań, bez analiz... A ja trafiłam. I dzisiaj jest mi dziwnie. Bo ja chyba dostałam prawie wszystkie odpowiedzi.
Tyle tylko, że jakoś nie jest mi z tym fajnie.
I za cholerę nie wiem, co mam z tymi odpowiedziami zrobić.
Czuję się tak, jakby mi się temat wyczerpał, power skończył.
Po raz pierwszy od wielu wielu lat.... Nie mam planu. Nie wiem, co dalej.
Poza dietką, rzecz jasna ;-)
I czego ja teraz będę szukała, skoro już wszystko... znalazłam...
A oni mnie prawie przekonali. Prawie robi dużą różnicę. Prawie się poddałam. Co tam prawie - ja PO PROSTU się poddałam. I kiedy się poddałam - dostaję papier, na którym stoi napisane 6p21.3, mało że dla Obywatela, to i dla siebie... Przekichane. Znaleźć, uzasadnić, poruszyć niebo i ziemię, przegrać, zrezygnować i dowiedzieć się, że miało się rację. I Harnasia się już nie napiję. Przekichane, jak dwa razy dwa...
No i co ja mam teraz zrobić? Zawiesiłam się. Mam ich opluć? Mam im porozsyłać maile z tymi wynikami? Mam ich upokorzyć tak, jak oni upokarzali MNIE? No co - mam sobie transparent wywiesić "Dlaczego nikt mnie nie chciał wysłuchać?" No właśnie. I niby poprawi mi to samopoczucie? Nie poprawi. Może powinnam napisać książkę. Ale kto by ją chciał czytać... W sumie to wolę te szaliczki... Nawet pisać mi się nie chce, gadać mi się nie chce, w ogóle to chyba wolałabym się jutro obudzić gdzie indziej...
Bo tak naprawdę to nagła krew mnie zalała.
Kolejny raz. Chyba ostatni, na szczęście.
W ogóle ja wszędzie miałam rację, od samego początku, wiele lat temu, jak odstawiłam słoik pod wannę i zrobił się czerwony... I tylko pogodzić się trudno, kiedy wysmętniałam się na setkach strona maili, że ja WIEM, gdzie jest defekt, no i co z tego, że ja nie jestem lekarzem? Ja jestem matematykiem, chyba lepszym niż sama przypuszczałam, bo ja to znalazłam. Czysto teoretycznie, analizując siebie i Jego, zestawiając objawy... I ja trafiłam z dokładnością do prążka, ale nikt mnie nie chciał słuchać. Jaka jest szansa, że amator trafi w prążek? No. Bez badań, bez analiz... A ja trafiłam. I dzisiaj jest mi dziwnie. Bo ja chyba dostałam prawie wszystkie odpowiedzi.
Tyle tylko, że jakoś nie jest mi z tym fajnie.
I za cholerę nie wiem, co mam z tymi odpowiedziami zrobić.
Czuję się tak, jakby mi się temat wyczerpał, power skończył.
Po raz pierwszy od wielu wielu lat.... Nie mam planu. Nie wiem, co dalej.
Poza dietką, rzecz jasna ;-)
I czego ja teraz będę szukała, skoro już wszystko... znalazłam...
A oni mnie prawie przekonali. Prawie robi dużą różnicę. Prawie się poddałam. Co tam prawie - ja PO PROSTU się poddałam. I kiedy się poddałam - dostaję papier, na którym stoi napisane 6p21.3, mało że dla Obywatela, to i dla siebie... Przekichane. Znaleźć, uzasadnić, poruszyć niebo i ziemię, przegrać, zrezygnować i dowiedzieć się, że miało się rację. I Harnasia się już nie napiję. Przekichane, jak dwa razy dwa...
No i co ja mam teraz zrobić? Zawiesiłam się. Mam ich opluć? Mam im porozsyłać maile z tymi wynikami? Mam ich upokorzyć tak, jak oni upokarzali MNIE? No co - mam sobie transparent wywiesić "Dlaczego nikt mnie nie chciał wysłuchać?" No właśnie. I niby poprawi mi to samopoczucie? Nie poprawi. Może powinnam napisać książkę. Ale kto by ją chciał czytać... W sumie to wolę te szaliczki... Nawet pisać mi się nie chce, gadać mi się nie chce, w ogóle to chyba wolałabym się jutro obudzić gdzie indziej...
Bo tak naprawdę to nagła krew mnie zalała.
Kolejny raz. Chyba ostatni, na szczęście.
2012-04-02
Jak zwykle zresztą
(poprawiłam)
Anonimowa natchnęła mię była Swoimi Komentarzami.
Dobrze, ja się prawdy nie boję - porozmawiajmy.
MÓJ Kraj vs. TEN Kraj.
Nie jest prawdą, że dobry czy zły ale mój, bo tu żyję. Jutro będę żyła gdzie indziej, ale MÓJ Kraj ZAWSZE powinien być MOIM Krajem i jest tylko jeden. Czasy feudalizmu minęły. Może to jest tak, jak z Biblią, że DZIŚ inaczej należy Ją czytać, bo spisana była .... ohohoho... albo jeszcze dawniej, TAMTYM językiem, przy użyciu TAMTYCH skojarzeń, porównań...
Dziś nie ma o co walczyć.
Nie walczy się o Język - raczej się go niszczy.
Nie walczy się o Tradycje - raczej się je zapomina.
W zasadzie nie ma problemu. Mieszkam w Polsce, mówię po polsku (nikt mi nie zabrania), piszę po polsku (nikt mi nie zabrania), modlę się po polsku i jak sobie zechcę to tradycje będę podtrzymywać, przeważnie prywatnie, bo kiedy się przyznam za głośno -zostanę wyśmiana. O, podwórko ostatnio wygwizdało dwie Flagi - jedna była na moim balkonie, a druga u sąsiada... Miała gawiedź uciechę, pokazując sobie palcyma... Zemściłam się paskudnie, znowu wzywając Polską Policję o 2.30, żeby przegoniła pijane towarzycho, bo spać się nie da... 1:0 dla Policji, bardzo dziękuję!
No to czym ma być MÓJ KRAJ?
Może po prostu takim Miejscem, w którym czuję sie bezpieczna, jak Dom. Może być TEN Dom albo MÓJ DOM. W MOIM Kraju chcę mieć poczucie, że mam na kogo liczyć. Że kiedy będę się przewracać - znajdzie się wyciągnięta ręka, która mnie podciągnie, nie zaś wyciągnięta stopa, która mnie zepchnie niżej. Że prawo będzie szanowane RÓWNO przez Wszystkich. Ze stanowisko nie będzie oznaczało tego, że można nadużywać, wykorzystać. W TAKIM Kraju chcę żyć. Gdzie młody szanuje starszego, gdzie każdy szanuje Naukę i Wiarę, jakakolwiek by nie była. Gdzie nie muszę tworzyć niszy, takiej małej, ograniczonej do poziomu mojej klatki schodowej... I gdzie każdy się do mnie odśmiechnie, jeśli ja się uśmiechnę. Mój Kraj to taki, że jeśli będę daleko i bedzie mi źle - powiem sobie "W MOIM KRAJU by mnie to nie spotkało..." i sobie zatęsknię.
Czy taka jest Polska?
NIE. Dlatego, chociaż uraziłam Anonimową - piszę "TEN" kraj, nie MÓJ.
MÓJ Kraj jest daleko. I bardzo za Nim tęsknię. I kiedyś do Niego... wrócę. Stara, schorowana, sfrustrowana i z poczuciem zmarnowanych lat, ale to... nieważne.
Bo tożsamość wg mnie się MA. Nie da się jej nauczyć. Można próbować, jeśli jest dobrze (vide: emigranci) to jakoś się kręci, ale jeśli jest źle...
...jeśli jest ŹLE to powstają takie blogi, jak ten, i te szaliczki (zaczęłam trzynasty, ha...)
A wyjechać nie chcę z powodu, że "wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma", tylko dlatego, że muszę Obywatelowi znaleźć DOM. Na czas, kiedy mnie już nie będzie. Paradoksalnie TU go znaleźć nie mogę, próbowałam, poległam. Żebym sobie kiedyś mogła umrzeć spokojnie. Egoizm do entej, no nie? Tiaaaa.....
Anonimowa natchnęła mię była Swoimi Komentarzami.
Dobrze, ja się prawdy nie boję - porozmawiajmy.
MÓJ Kraj vs. TEN Kraj.
Nie jest prawdą, że dobry czy zły ale mój, bo tu żyję. Jutro będę żyła gdzie indziej, ale MÓJ Kraj ZAWSZE powinien być MOIM Krajem i jest tylko jeden. Czasy feudalizmu minęły. Może to jest tak, jak z Biblią, że DZIŚ inaczej należy Ją czytać, bo spisana była .... ohohoho... albo jeszcze dawniej, TAMTYM językiem, przy użyciu TAMTYCH skojarzeń, porównań...
Dziś nie ma o co walczyć.
Nie walczy się o Język - raczej się go niszczy.
Nie walczy się o Tradycje - raczej się je zapomina.
W zasadzie nie ma problemu. Mieszkam w Polsce, mówię po polsku (nikt mi nie zabrania), piszę po polsku (nikt mi nie zabrania), modlę się po polsku i jak sobie zechcę to tradycje będę podtrzymywać, przeważnie prywatnie, bo kiedy się przyznam za głośno -zostanę wyśmiana. O, podwórko ostatnio wygwizdało dwie Flagi - jedna była na moim balkonie, a druga u sąsiada... Miała gawiedź uciechę, pokazując sobie palcyma... Zemściłam się paskudnie, znowu wzywając Polską Policję o 2.30, żeby przegoniła pijane towarzycho, bo spać się nie da... 1:0 dla Policji, bardzo dziękuję!
No to czym ma być MÓJ KRAJ?
Może po prostu takim Miejscem, w którym czuję sie bezpieczna, jak Dom. Może być TEN Dom albo MÓJ DOM. W MOIM Kraju chcę mieć poczucie, że mam na kogo liczyć. Że kiedy będę się przewracać - znajdzie się wyciągnięta ręka, która mnie podciągnie, nie zaś wyciągnięta stopa, która mnie zepchnie niżej. Że prawo będzie szanowane RÓWNO przez Wszystkich. Ze stanowisko nie będzie oznaczało tego, że można nadużywać, wykorzystać. W TAKIM Kraju chcę żyć. Gdzie młody szanuje starszego, gdzie każdy szanuje Naukę i Wiarę, jakakolwiek by nie była. Gdzie nie muszę tworzyć niszy, takiej małej, ograniczonej do poziomu mojej klatki schodowej... I gdzie każdy się do mnie odśmiechnie, jeśli ja się uśmiechnę. Mój Kraj to taki, że jeśli będę daleko i bedzie mi źle - powiem sobie "W MOIM KRAJU by mnie to nie spotkało..." i sobie zatęsknię.
Czy taka jest Polska?
NIE. Dlatego, chociaż uraziłam Anonimową - piszę "TEN" kraj, nie MÓJ.
MÓJ Kraj jest daleko. I bardzo za Nim tęsknię. I kiedyś do Niego... wrócę. Stara, schorowana, sfrustrowana i z poczuciem zmarnowanych lat, ale to... nieważne.
Bo tożsamość wg mnie się MA. Nie da się jej nauczyć. Można próbować, jeśli jest dobrze (vide: emigranci) to jakoś się kręci, ale jeśli jest źle...
...jeśli jest ŹLE to powstają takie blogi, jak ten, i te szaliczki (zaczęłam trzynasty, ha...)
A wyjechać nie chcę z powodu, że "wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma", tylko dlatego, że muszę Obywatelowi znaleźć DOM. Na czas, kiedy mnie już nie będzie. Paradoksalnie TU go znaleźć nie mogę, próbowałam, poległam. Żebym sobie kiedyś mogła umrzeć spokojnie. Egoizm do entej, no nie? Tiaaaa.....
Maximum overdrive
Nie wiem, czy to ja dostałam jakiejś schizy, czy może to jest jakieś ogólne bardziej... Począwszy od nowego roku mam jakieś idiotyczne wrażenie przyspieszenia patologii. Zaczynam prasówkę codziennie i codziennie szlag mnie trafia coraz większy. I tylko się zastanawiam dokąd to zmierza.
Właśnie się pożarłam z Vectrą. Ponieważ zażyczyłam sobie zmianę umowy. Okazało się, że mi... NIE WOLNO (tylko pan nie potrafił wyjaśnić dlaczego), ponieważ nowa umowa zaskutkuje obniżeniem rachunku (sic!). Ależ dokładnie właśnie dlatego ją zmieniam, no chyba oczywiste. Nie. Ale jak mi się nie podoba to się mogę udać osobiście. Udam się za chwilę, dzierżąc w dłoni papier z WYPOWIEDZENIEM umowy, na wypadek jakby. Jeśli się okaże, że Vectra mnie nie opuści aż do śmierci to nie zapłacę następnego rachunku, poczekam trochę, wszystko mi wyłączą, odczekają miesiąc i rozwiążą umowę sami. Wtedy zapłacę ostatni rachunek i będzie spokój. Już to ćwiczyłam dawno temu z Cyfrą, kurczę, czy w tym kraju zostali już tylko złodzieje i patałachy?
Ale wracając do meritum...
Więc odnoszę wrażenie przyspieszenia patologii. Na każdym kroku. I chyba zaczynam mieć dość. Kiedyś tam...
Pisało się list odręcznie, godzinę wybierało papeterię, żeby była elegancka, żeby przyjemność sprawić Adresatowi, kiedy wyjmie list z koperty... Szło się na pocztę, naklejało znaczek... Kiedyś tam... Dzwoniło się z budek telefonicznych... Czekało (!) na DOBRY flm na święta... Że co? Że zacofanie? Może, ale mnie tego brakuje.
Kiedyś tam... człowiek rozmawiał z człowiekiem.
Właśnie się pożarłam z Vectrą. Ponieważ zażyczyłam sobie zmianę umowy. Okazało się, że mi... NIE WOLNO (tylko pan nie potrafił wyjaśnić dlaczego), ponieważ nowa umowa zaskutkuje obniżeniem rachunku (sic!). Ależ dokładnie właśnie dlatego ją zmieniam, no chyba oczywiste. Nie. Ale jak mi się nie podoba to się mogę udać osobiście. Udam się za chwilę, dzierżąc w dłoni papier z WYPOWIEDZENIEM umowy, na wypadek jakby. Jeśli się okaże, że Vectra mnie nie opuści aż do śmierci to nie zapłacę następnego rachunku, poczekam trochę, wszystko mi wyłączą, odczekają miesiąc i rozwiążą umowę sami. Wtedy zapłacę ostatni rachunek i będzie spokój. Już to ćwiczyłam dawno temu z Cyfrą, kurczę, czy w tym kraju zostali już tylko złodzieje i patałachy?
Ale wracając do meritum...
Więc odnoszę wrażenie przyspieszenia patologii. Na każdym kroku. I chyba zaczynam mieć dość. Kiedyś tam...
Pisało się list odręcznie, godzinę wybierało papeterię, żeby była elegancka, żeby przyjemność sprawić Adresatowi, kiedy wyjmie list z koperty... Szło się na pocztę, naklejało znaczek... Kiedyś tam... Dzwoniło się z budek telefonicznych... Czekało (!) na DOBRY flm na święta... Że co? Że zacofanie? Może, ale mnie tego brakuje.
Kiedyś tam... człowiek rozmawiał z człowiekiem.
2012-03-30
To jest CHORE
Poczytaj (klik)... do końca ;-) Chyba się odepnę na sztywno, tak jak zresztą planowałam...
2012-03-25
Pod górkę
No po prostu pod górkę.
Nawet się nie wścieka o te bezgluty.
On się wścieka o to, że w ogóle ma jeść. Cokolwiek. Wszystko pod sznurek, gluty czy bezgluty, bez różnicy. Anorektyk zdeklarowany, albo nie wiem.
Zaczynam mieć dosyć.
Zaczynam mieć dosyć myślenia za Niego, życia za Niego i w ogóle...
Człowiek by stał przy tej kuchni 24/24 byle tylko toto jadło. Bo ciągle ma nadzieję, że za miesiąc, dwa, odbije się od dna i zmądrzeje. Zaczynam dochodzić do wniosku, że NIE zmądrzeje, że żebym tu normalnie spała przy tej kuchni, to i tak niczego to zmieni :-(((
Nawet się nie wścieka o te bezgluty.
On się wścieka o to, że w ogóle ma jeść. Cokolwiek. Wszystko pod sznurek, gluty czy bezgluty, bez różnicy. Anorektyk zdeklarowany, albo nie wiem.
Zaczynam mieć dosyć.
Zaczynam mieć dosyć myślenia za Niego, życia za Niego i w ogóle...
Człowiek by stał przy tej kuchni 24/24 byle tylko toto jadło. Bo ciągle ma nadzieję, że za miesiąc, dwa, odbije się od dna i zmądrzeje. Zaczynam dochodzić do wniosku, że NIE zmądrzeje, że żebym tu normalnie spała przy tej kuchni, to i tak niczego to zmieni :-(((
2012-03-21
Dzień któryś (3)
Wiecie jak to jest? Masakrycznie. Jak się matka małego dzieciaka dowiaduje, ze odwrotu brak - uczy się razem z dzieciakiem, a poza tym niejako nie ma dyskusji. Dzieciak dostaje na talerzu to, co dostaje i koniec zabawy. Jedyne co trzeba zrobić = się przyzwyczaić...
A u mnie rankiem szwedzki stół. Wielki talerz, na talerzu jednokęsowe kanapeczki z fragmentami etykiet:
- Jedź, próbuj...
Osiąg dnia: został wybrany pierwszy gotowy chleb. Na zasadzie "ten się sypie, NIE", "ten jest słodki, NIE", "ten się ciągnie, NIE". Jeden został wybrany. Jutro powtórka, z innym zestawem... Sterta kanapek, wreszcie z chlebem i bezglutenową krakowską, pomidory, rzodkiewki, dobra, może być. Etykietę zabezpieczyć, resztę zjem ja albo rozdam ;-) Jakby był mały - nie bawiłabym się w cuda wianki, spróbowałabym i dała, i koniec dyskusji. A tu co? Ano nic. Nie mam wyjścia, muszę okazać tolerancję, wysokogatunkową najlepiej... Makaron z kiełbasą podobno smakował. Czyli z gotowców mamy ustalony przynajmniej JEDEN chleb i JEDEN makaron.
Śmieszna historia, bo ja też to próbowałam i... wybrałam INNY niż On! No i teraz zobaczcie - to w końcu komu ma to smakować, prawda? Gdybym się pokierowała swoim wyborem - dałabym Mu coś, co Mu NIE smakuje...
- Ten drugi chleb to się nada do sera, albo do dżemu... - słyszę z pokoju. Faktycznie. Do sera inny, do kiełbasy inny, ratunku... Pozostałe z dziś są niejadalne...
Rekompensuje mi ten cały gigantyczny wysiłek taki jeden drobny fakt...
On zaczął (!) ze mną współpracować. Po tylu latach... To było NIEMOŻLIWE. Współpraca to słowo absolutnie nieznane, w Jego przypadku... A On przyłazi, próbuje jakieś kawałki i nawet podejmuje decyzje, co było abstrakcją dotychczas, ponieważ Mój Syn był genetycznie niezdolny, jako Asperger do samodzielnego i świadomego podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Chociaż mruczy pod nosem i złorzeczy:
- Ja czytałem... mhmmm... ja czytałem, że za piętnaście lat problem celiakii przestanie istnieć... mhmmm... piętnaście lat to na żyletach wytrzymam..
- Może krócej, synu... - pocieszam Go złudnie...
Pytanie naukowe postawię, na razie bez odpowiedzi - nabyty autyzm wysokofunkcjonujący? Zobaczymy, zaprowadzam dziennik. Dajmy Mu czas...
A u mnie rankiem szwedzki stół. Wielki talerz, na talerzu jednokęsowe kanapeczki z fragmentami etykiet:
- Jedź, próbuj...
Osiąg dnia: został wybrany pierwszy gotowy chleb. Na zasadzie "ten się sypie, NIE", "ten jest słodki, NIE", "ten się ciągnie, NIE". Jeden został wybrany. Jutro powtórka, z innym zestawem... Sterta kanapek, wreszcie z chlebem i bezglutenową krakowską, pomidory, rzodkiewki, dobra, może być. Etykietę zabezpieczyć, resztę zjem ja albo rozdam ;-) Jakby był mały - nie bawiłabym się w cuda wianki, spróbowałabym i dała, i koniec dyskusji. A tu co? Ano nic. Nie mam wyjścia, muszę okazać tolerancję, wysokogatunkową najlepiej... Makaron z kiełbasą podobno smakował. Czyli z gotowców mamy ustalony przynajmniej JEDEN chleb i JEDEN makaron.
Śmieszna historia, bo ja też to próbowałam i... wybrałam INNY niż On! No i teraz zobaczcie - to w końcu komu ma to smakować, prawda? Gdybym się pokierowała swoim wyborem - dałabym Mu coś, co Mu NIE smakuje...
- Ten drugi chleb to się nada do sera, albo do dżemu... - słyszę z pokoju. Faktycznie. Do sera inny, do kiełbasy inny, ratunku... Pozostałe z dziś są niejadalne...
Rekompensuje mi ten cały gigantyczny wysiłek taki jeden drobny fakt...
On zaczął (!) ze mną współpracować. Po tylu latach... To było NIEMOŻLIWE. Współpraca to słowo absolutnie nieznane, w Jego przypadku... A On przyłazi, próbuje jakieś kawałki i nawet podejmuje decyzje, co było abstrakcją dotychczas, ponieważ Mój Syn był genetycznie niezdolny, jako Asperger do samodzielnego i świadomego podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Chociaż mruczy pod nosem i złorzeczy:
- Ja czytałem... mhmmm... ja czytałem, że za piętnaście lat problem celiakii przestanie istnieć... mhmmm... piętnaście lat to na żyletach wytrzymam..
- Może krócej, synu... - pocieszam Go złudnie...
Pytanie naukowe postawię, na razie bez odpowiedzi - nabyty autyzm wysokofunkcjonujący? Zobaczymy, zaprowadzam dziennik. Dajmy Mu czas...
2012-03-20
Dzień któryś (2)
... czyli przybywa mię wiedzy. Na przykład okazuje się, że jajko z niespodzianką jest bezglutenowe, w szoku jestem. Wpasować w plan wydatków. Udało mi się wcisnąć owoce, z talerzem wysłałam przezornie Teścia, bo mnie to by chyba zamordował, a tu psikus - udało się wcisnąć banana, kiwi i mandarynkę (JEDNĄ, {lol}), z jajkiem niespodzianką. Matko cud.
Jedzenie zaczyna się robić obsesją. Dla mnie konkretnie.
Upiekłam kolejny cholerny boczek. Ser należy zrobić, bo mleko było się zsiadło. Przyjechały bezgluty (boli...) w postaci komponentów różnych... Na stole stoją powyższe komponenty i czekają, aż "pani" zechce się przymierzyć do bezglutenowych zrazów po nelsońsku. Nie mam przekonania do tej potrawy, zwłaszcza kiedy zapłaciłam ponad 50 PLN na mięsnym, za jakiś smętny kawałeczek wołowiny, kawałeczek karczku i kawałeczek polędwicy, wyzwalając w Pani Sprzedawczyni niemy protest pytaniem "Czy państwo smarują to mięsko glutenem, żeby kolor trzymało?". Pani się zatchnęła i skonstatowała inteligentnie, że to przyjeżdża LUZEM nie zaś w paczkach, czyli chyba NIE, ale Pani zapyta. Nie chciałam wiedzieć, co oznacza LUZEM, ale Pani i tak pospieszyła wyjaśnić, że LUZEM oznacza luzem. Na stercie, w kontenerku (łomatko...).
No dobrze. Wielkodusznie zakupiłam olej ryżowy za 13 PLN (auaaaa....). I się gapię.
Ziemniaki obrane, pokrojone.
Grzybki się moczą, bo suszone.
Wołowinka pocięta i obita, znowu zepsułam tłuczek (trzeci w tym roku) - nic to, nakazałam Teściowi, żeby mi na zająca przyniósł w prezencie nowy tłuczek, ale w wersji dla mastodonta, bo inne nie wytrzymają jednorazowego użycia przez moją prawą rękę... Teść z wrażenia rozlał piwo, co se sam kupił i przyniósł, po czym musiał siedzieć dwie godziny i czekać, aż wyschnie, bo spodnie Młodego były na Teścia za ciasne, ale kino...
Cebula obrana.
Zamiast wędzonego boczku na dno będzie boczek surowy, w plasterkach.
Zamiast przypraw - będzie bezglutenowa jarzynka w proszku.
Zostałam ponadto nauczona, że śmietana bezglutenowa całkowicie to jest tylko jednej konkretnej firmy, zakupiłam, mam.
Zagryzłam bezglutenowym chlebem z kminkiem. Kminek ma, reszta niejadalna, cholera... :( I się gapię na to dobro. Zrobię sobie pół szalika, Obywatel śpi na krześle rutynowo, ale co tam - zeżarł rano górę wafli z pieczonym karczkiem (zaś) a potem te owoce, szlag Go raczej trafić nie powinien...
Żyję w paranoi, a to dopiero początek...
Ja te zrazy zrobię. Ciekawe, czy to się da jeść...
Bo ja podobno umiem gotować. Ludzie tak twierdzą.
Ale ja NIENAWIDZĘ GOTOWAĆ!
Za co mnie to spotkałooooo??? :-(((((
Jedzenie zaczyna się robić obsesją. Dla mnie konkretnie.
Upiekłam kolejny cholerny boczek. Ser należy zrobić, bo mleko było się zsiadło. Przyjechały bezgluty (boli...) w postaci komponentów różnych... Na stole stoją powyższe komponenty i czekają, aż "pani" zechce się przymierzyć do bezglutenowych zrazów po nelsońsku. Nie mam przekonania do tej potrawy, zwłaszcza kiedy zapłaciłam ponad 50 PLN na mięsnym, za jakiś smętny kawałeczek wołowiny, kawałeczek karczku i kawałeczek polędwicy, wyzwalając w Pani Sprzedawczyni niemy protest pytaniem "Czy państwo smarują to mięsko glutenem, żeby kolor trzymało?". Pani się zatchnęła i skonstatowała inteligentnie, że to przyjeżdża LUZEM nie zaś w paczkach, czyli chyba NIE, ale Pani zapyta. Nie chciałam wiedzieć, co oznacza LUZEM, ale Pani i tak pospieszyła wyjaśnić, że LUZEM oznacza luzem. Na stercie, w kontenerku (łomatko...).
No dobrze. Wielkodusznie zakupiłam olej ryżowy za 13 PLN (auaaaa....). I się gapię.
Ziemniaki obrane, pokrojone.
Grzybki się moczą, bo suszone.
Wołowinka pocięta i obita, znowu zepsułam tłuczek (trzeci w tym roku) - nic to, nakazałam Teściowi, żeby mi na zająca przyniósł w prezencie nowy tłuczek, ale w wersji dla mastodonta, bo inne nie wytrzymają jednorazowego użycia przez moją prawą rękę... Teść z wrażenia rozlał piwo, co se sam kupił i przyniósł, po czym musiał siedzieć dwie godziny i czekać, aż wyschnie, bo spodnie Młodego były na Teścia za ciasne, ale kino...
Cebula obrana.
Zamiast wędzonego boczku na dno będzie boczek surowy, w plasterkach.
Zamiast przypraw - będzie bezglutenowa jarzynka w proszku.
Zostałam ponadto nauczona, że śmietana bezglutenowa całkowicie to jest tylko jednej konkretnej firmy, zakupiłam, mam.
Zagryzłam bezglutenowym chlebem z kminkiem. Kminek ma, reszta niejadalna, cholera... :( I się gapię na to dobro. Zrobię sobie pół szalika, Obywatel śpi na krześle rutynowo, ale co tam - zeżarł rano górę wafli z pieczonym karczkiem (zaś) a potem te owoce, szlag Go raczej trafić nie powinien...
Żyję w paranoi, a to dopiero początek...
Ja te zrazy zrobię. Ciekawe, czy to się da jeść...
Bo ja podobno umiem gotować. Ludzie tak twierdzą.
Ale ja NIENAWIDZĘ GOTOWAĆ!
Za co mnie to spotkałooooo??? :-(((((
2012-03-19
Dzień któryś (1)
Posłuchaj (klik), póki jeszcze można...
Zagłodzony był wziął się wykąpał. No, kapielą to nazwać trudno, ale włosy czyste... wreszcie... Kije zarządził oraz wycieczkę. Do szkoły. Bardzo dobrze, trzeba legitymacje podbić... Wygląda jak ofiara wojny... Biały jak papier, chudy jak nieszczęście, zarośnięty jak małpa, ale w oczach ma coś... innego... No zobaczymy, może jeszcze raz uratuję Mu życie, bo w sumie dlaczego nie... Ciekawam, czy dojdziemy do tej szkoły...
PS (2h potem). Doszliśmy, wróciliśmy. No, to był wysiłek. Ja się obawiałam, ale... Ale mnie przerosło. Zagłodzony słaniający, zmęczony po prostu NIEWYOBRAŻALNIE... Ale bez histerii. A Ludzie z przerażenim na Niego patrzyli, a potem na mnie... że ZROZUMIENIEM w oczach... Matko, usiąść i płakać...
Jeśli cośam kochasz,
jeżeli serca masz trochę
I ocalisz wśród tłumu
odrobinę rozumu...
(Lady Pank, "Jesli cośtam kochasz" (R))
Zagłodzony był wziął się wykąpał. No, kapielą to nazwać trudno, ale włosy czyste... wreszcie... Kije zarządził oraz wycieczkę. Do szkoły. Bardzo dobrze, trzeba legitymacje podbić... Wygląda jak ofiara wojny... Biały jak papier, chudy jak nieszczęście, zarośnięty jak małpa, ale w oczach ma coś... innego... No zobaczymy, może jeszcze raz uratuję Mu życie, bo w sumie dlaczego nie... Ciekawam, czy dojdziemy do tej szkoły...
PS (2h potem). Doszliśmy, wróciliśmy. No, to był wysiłek. Ja się obawiałam, ale... Ale mnie przerosło. Zagłodzony słaniający, zmęczony po prostu NIEWYOBRAŻALNIE... Ale bez histerii. A Ludzie z przerażenim na Niego patrzyli, a potem na mnie... że ZROZUMIENIEM w oczach... Matko, usiąść i płakać...
Jeśli cośam kochasz,
jeżeli serca masz trochę
I ocalisz wśród tłumu
odrobinę rozumu...
(Lady Pank, "Jesli cośtam kochasz" (R))
2012-03-17
Dzień pierwszy
Ale śmieszne, normalnie padłam na plecy.
Trzeba ustalić 7 obiadów.
Jedziemy:
- kurczak/indyk/kaczka pieczony naturalnie, frytki domowe z kartofli, krojone, surówka z marchwi
- wątróbka z cebulką, pyry z wody, surówka z marchwi (uwielbia) lub kapusty czerwonej
- śluski kląskie ;-) z krochmalu, duszone żeberka/bitki z cebulką, surówka (jakaś)
- trza przetestować różne makarony i bezglutenową krakowską z Żywca - makaron z kiełbasą
- ryba z folii w ziołach, frytki domowe, surówka
- trza przetestować panierki bezglutenowe, a nuż się to da jeść - od razu mogę robić kotlety w panierce, rybę w panierce i tak dalej - matko, jaka ja jestem uradowana....
- mielone z kopytkami z krochmalu lub z pyrami z wody, surówka
Jest dobrze, da się.
Teraz śniadania i kolacje.
- pieczone boczki, karczki, schaby owinięte w słoninkę
- wędzić się nauczę, mam działkę ;-), Senior Świętej Pamięci kupował pół prosiaka w komunie, jakąś zalewę robił i wędził - ja też dam radę, co bym miała nie dać (trza iść do piwnicy i odszukać Seniora przepisy, bo takowe posiadał)
- pasztet domowy
- jajka
- ser domowy
- wafle
- warzywa surowe
- masło kupne
Nie jest źle. Wyprowadzam się z miasta, o którym krążą pogłoski, jakoby mieszkaniec rocznie zjadał dwie cegły. Ciekawe, czy te pustaki czy te czerwone....
Trzeba ustalić 7 obiadów.
Jedziemy:
- kurczak/indyk/kaczka pieczony naturalnie, frytki domowe z kartofli, krojone, surówka z marchwi
- wątróbka z cebulką, pyry z wody, surówka z marchwi (uwielbia) lub kapusty czerwonej
- śluski kląskie ;-) z krochmalu, duszone żeberka/bitki z cebulką, surówka (jakaś)
- trza przetestować różne makarony i bezglutenową krakowską z Żywca - makaron z kiełbasą
- ryba z folii w ziołach, frytki domowe, surówka
- trza przetestować panierki bezglutenowe, a nuż się to da jeść - od razu mogę robić kotlety w panierce, rybę w panierce i tak dalej - matko, jaka ja jestem uradowana....
- mielone z kopytkami z krochmalu lub z pyrami z wody, surówka
Jest dobrze, da się.
Teraz śniadania i kolacje.
- pieczone boczki, karczki, schaby owinięte w słoninkę
- wędzić się nauczę, mam działkę ;-), Senior Świętej Pamięci kupował pół prosiaka w komunie, jakąś zalewę robił i wędził - ja też dam radę, co bym miała nie dać (trza iść do piwnicy i odszukać Seniora przepisy, bo takowe posiadał)
- pasztet domowy
- jajka
- ser domowy
- wafle
- warzywa surowe
- masło kupne
Nie jest źle. Wyprowadzam się z miasta, o którym krążą pogłoski, jakoby mieszkaniec rocznie zjadał dwie cegły. Ciekawe, czy te pustaki czy te czerwone....
Logicznie rozumując...
Niektóre to pamiętają poprzednie blogi... kiedy pisałam, że ja już tylko ratuję życie. Że ja nie wiem z czym walczę, ale chciałabym utrzymać przy życiu do momentu, kiedy się dowiem. Wiecie jak to jest? Kiedy się mieszka pod jednym dachem z człowiekiem, który niknie w oczach? Z dnia na dzień jest go coraz mniej, a człowiek NIC NIE MOŻE ZROBIĆ, ale musi na to patrzeć... Nie wiecie, i obyście się nie dowiedziały. Przez 5 ostatnich lat, każdego dnia widziałam nową wystającą kość, każdego dnia widziałam nowe ubytki mięśni... a te cholerne betony twierdziły, że to psychiczne jest, trzeba dobrego psychiatry... Wiecie ile razy chciałam to skończyć, tymi ręcami? Bo WIDZIAŁAM, że to nie ma sensu, że to nie pójdzie ku dobremu, bo ciągle jest coraz gorzej? Że On umiera z głodu, każdego dnia, a ja nie wiem dlaczego... I mało, że nikt mi nie chce pomóc się dowiedzieć, to jeszcze mi stawia kolejne ściany... No to po co mamy umierać na raty? Lepiej raz i skutecznie, przecież takie życie nie ma sensu...
I tylko ciągle mówił, że nie jest głodny, że on nie wie, co to znaczy być głodnym... A nad talerzem siedział 4 godziny zegarowe... zanim zjadł... Pamiętam takie lata, kiedy ledwo skończył posiłek - już w zasadzie była pora na następny, dokładnie jak po urodzeniu, tylko jeden noworodek był STALE na czyichś rękach z butelką, praktycznie 24/24... MÓJ. I tylko nikogo to nie dziwiło oprócz mnie, i tylko ja ciągle byłam idiotką...
Tak sobie wczoraj patrzyłam na tę GÓRĘ kanapek z wafli i pieczonego boczku, jakaś kopa zielenizny na sąsiednim talerzu... zmieścił się w 16-tu rządkach, to ok. 20 minut... I tylko sobie myślę, że chyba trzeba naturze dać CZAS, po prostu. Dać organizmowi czas, żeby rozpoznał, że na talerzu nie ma już trucizny i że już można przestać protestować...
No żesz w mordę i siekierą :(
A niech ich wszystkich trafi szlag, bo pomroczność już ich trafiła.
I tylko ciągle mówił, że nie jest głodny, że on nie wie, co to znaczy być głodnym... A nad talerzem siedział 4 godziny zegarowe... zanim zjadł... Pamiętam takie lata, kiedy ledwo skończył posiłek - już w zasadzie była pora na następny, dokładnie jak po urodzeniu, tylko jeden noworodek był STALE na czyichś rękach z butelką, praktycznie 24/24... MÓJ. I tylko nikogo to nie dziwiło oprócz mnie, i tylko ja ciągle byłam idiotką...
Tak sobie wczoraj patrzyłam na tę GÓRĘ kanapek z wafli i pieczonego boczku, jakaś kopa zielenizny na sąsiednim talerzu... zmieścił się w 16-tu rządkach, to ok. 20 minut... I tylko sobie myślę, że chyba trzeba naturze dać CZAS, po prostu. Dać organizmowi czas, żeby rozpoznał, że na talerzu nie ma już trucizny i że już można przestać protestować...
No żesz w mordę i siekierą :(
A niech ich wszystkich trafi szlag, bo pomroczność już ich trafiła.
Urywki
- Posiedzisz ze mną, jak będę jadł to coś?
- Dobra, ale tylko przez 20 rządków! - decyduję kategorycznie, ciągnąc za sobą dwa metry kolejnego szaliczka. Mieści się w 20 rządkach, ba nawet w szesnastu....
...
- CO TO BYŁO?! - słyszę wrzask z pokoju.
- Oplułam zlew. - zeznaję zgodnie z prawdą.
- Dlaczego oplułaś?
- Bo tego się nie da jeść... - gapię się z odrazą na bezglutenowy makaron "Świderki".
- Pokaż, spróbuję...
- ... grozi śmiercią...
- ... no daj... - pfff, opluł zlew. Makaronu jeść nie będziemy. Stanowczo.
...
- Czy ty wiesz, betonie zbrojony, jak ty wyglądasz? WIESZ?! Idź się w lustrze obejrzyj...
- Wiem. Wyglądam jak gość z wyrokiem śmierci głodowej, którego ułaskawiono w ostatniej chwili...
No tak. Nic dodać nic ująć. Wyżarł mi prawie dwie paczki jakichś okropnych wafli ryżowych z dynią czy z czymś oraz wszystko, com pracowicie piekła przez cały dzień. Cholera. Jutro znowu będę piekła, bo mam wysoce eleganckie bezglutenowe światło w lodówce. Jakbym zjadła to, co On zjadł, to bym chyba pękła, na pociechę opiekłam bezgluta w tosterze, żeby Mu nie było smutno.
- Tyy... zadumał się - ... a weź daj ten makaron... babci... niech sobie ugotuje...
- Kupię skrzynki. - stwierdziłam odkrywczo.
- Po co ci?
- Zrobię na balkonie hodowlę ziół...
- Łomatko... znowu sąsiadka przestanie ci mówić dzień dobry...
- Dobra, ale tylko przez 20 rządków! - decyduję kategorycznie, ciągnąc za sobą dwa metry kolejnego szaliczka. Mieści się w 20 rządkach, ba nawet w szesnastu....
...
- CO TO BYŁO?! - słyszę wrzask z pokoju.
- Oplułam zlew. - zeznaję zgodnie z prawdą.
- Dlaczego oplułaś?
- Bo tego się nie da jeść... - gapię się z odrazą na bezglutenowy makaron "Świderki".
- Pokaż, spróbuję...
- ... grozi śmiercią...
- ... no daj... - pfff, opluł zlew. Makaronu jeść nie będziemy. Stanowczo.
...
- Czy ty wiesz, betonie zbrojony, jak ty wyglądasz? WIESZ?! Idź się w lustrze obejrzyj...
- Wiem. Wyglądam jak gość z wyrokiem śmierci głodowej, którego ułaskawiono w ostatniej chwili...
No tak. Nic dodać nic ująć. Wyżarł mi prawie dwie paczki jakichś okropnych wafli ryżowych z dynią czy z czymś oraz wszystko, com pracowicie piekła przez cały dzień. Cholera. Jutro znowu będę piekła, bo mam wysoce eleganckie bezglutenowe światło w lodówce. Jakbym zjadła to, co On zjadł, to bym chyba pękła, na pociechę opiekłam bezgluta w tosterze, żeby Mu nie było smutno.
- Tyy... zadumał się - ... a weź daj ten makaron... babci... niech sobie ugotuje...
- Kupię skrzynki. - stwierdziłam odkrywczo.
- Po co ci?
- Zrobię na balkonie hodowlę ziół...
- Łomatko... znowu sąsiadka przestanie ci mówić dzień dobry...
2012-03-15
"Uważaj, czego sobie życzysz..."
Że nienawidzę lekarzy to wiecie, co nie? Nie żebym od razu wszystkich nienawidziła, Jedna Taka, Matsa Jej było... Tę to nie powiem, nawet nawet... kochałam ;-) Ale poza tym nieszczególnie.
Kiedy Obywatel się był począł - to ja chciałam mieć dziecko, w celu ażeby "mieć dla kogo żyć". Spełniło mi się jak widać z nawiązką - mam zagwarantowany cel życia aż do samej śmierci. Zdaje się.
A ostatnio to w sumie chciałam już tylko jednego. WIEM, że jest chory, nie wiem na co, chcę się dowiedzieć, ale jeśli już MAM się w ogóle dowiedzieć... a niechże to będzie jakaś taka choroba, żebym nie była zależna od lekarzy, NFZ-u, refundacji... nocami nie spałam, czytając te wszystkie spichrzeniowe, metaboliczne, zgroza mnie ogarniała na widok ceny jednej tabletki...
Uważaj, czego sobie życzysz, bo może Ci się spełnić.
I się spełniło.
Dano mi chorobę lekarzo-niezależną.
Kiedy sobie uświadomiłam, że od dziś wszystko zależy TYLKO ode mnie... że nie muszę już żebrać, że nie muszę udowadniać, że nie jestem wielbłądem, że to koniec... naprawdę koniec... że jestem wolna, że dokądkolwiek pojedziemy i gdziekolwiek nie zamieszkamy - tylko od nas zależy JAK będziemy żyć i czy w ogóle... i nikt oprócz nas nie ma na to wpływu... przeciez sobie poradzę, nie takie rzeczy się robiło. O, skończyłam kurs działkowców, zrobię sobie zielnik... i nauczę się robić domowe wędliny... no i w ogóle...
Ulżyło mi. Znowu mogę dziergać szaliczki :-) Dobranoc :-)
Kiedy Obywatel się był począł - to ja chciałam mieć dziecko, w celu ażeby "mieć dla kogo żyć". Spełniło mi się jak widać z nawiązką - mam zagwarantowany cel życia aż do samej śmierci. Zdaje się.
A ostatnio to w sumie chciałam już tylko jednego. WIEM, że jest chory, nie wiem na co, chcę się dowiedzieć, ale jeśli już MAM się w ogóle dowiedzieć... a niechże to będzie jakaś taka choroba, żebym nie była zależna od lekarzy, NFZ-u, refundacji... nocami nie spałam, czytając te wszystkie spichrzeniowe, metaboliczne, zgroza mnie ogarniała na widok ceny jednej tabletki...
Uważaj, czego sobie życzysz, bo może Ci się spełnić.
I się spełniło.
Dano mi chorobę lekarzo-niezależną.
Kiedy sobie uświadomiłam, że od dziś wszystko zależy TYLKO ode mnie... że nie muszę już żebrać, że nie muszę udowadniać, że nie jestem wielbłądem, że to koniec... naprawdę koniec... że jestem wolna, że dokądkolwiek pojedziemy i gdziekolwiek nie zamieszkamy - tylko od nas zależy JAK będziemy żyć i czy w ogóle... i nikt oprócz nas nie ma na to wpływu... przeciez sobie poradzę, nie takie rzeczy się robiło. O, skończyłam kurs działkowców, zrobię sobie zielnik... i nauczę się robić domowe wędliny... no i w ogóle...
Ulżyło mi. Znowu mogę dziergać szaliczki :-) Dobranoc :-)
Gdzieś napisałam
... że ja to znalazłam, że ja NA PEWNO na to trafiłam, ale kimże ja jestem, nikt mnie nie słuchał, a przecież tyle było poszlak... że rozwiązanie jest pod nosem, że wystarczy tylko się schylić...
Nikt się nie schylił.
Zostaliśmy SAMI.
Zrobiono ze mnie idiotkę, upokarzano przez tyle lat...
A ja nawet... śmieszne... nie mam żalu.
Naprawdę. Nie mam żalu, ani złości, ani chęci zemsty...
Chyba mnie ta celiakia pogięła na zupełnie ;-)
Nikt się nie schylił.
Zostaliśmy SAMI.
Zrobiono ze mnie idiotkę, upokarzano przez tyle lat...
A ja nawet... śmieszne... nie mam żalu.
Naprawdę. Nie mam żalu, ani złości, ani chęci zemsty...
Chyba mnie ta celiakia pogięła na zupełnie ;-)
21 lat
.. czekałam.
Poruszyłam niebo, piekło, ziemię.
Zrujnowałam całe życie.
Oby było warto.
Obym mogła to odwrócić.
CELIAKIA.
Game over.
A tu (klik) jest praca, która uratowała nam życie.
Niestety, profy "się na tym nie znają" i odesłały mnie do ZOZ-u, który również się na tym nie zna.
Bogu W Niebiesiech dziękuję, że JA się na tym ZNAM.
Wierzących proszę o Modlitwę.
Wyjątkowo... dziękczynną, w naszej intencji.
Aha, i dziękuję również Siostrom Karmelitankom Bosym (klik). Tak cichutko DZIEKUJĘ. I Wszystkim, którzy się za nas skutecznie pomodlili.
Może to początek.
Nowego życia.
Bez buły pszennej z sezamem. Bez Harnasia.
Otóż właśnie komisyjnie zjemy ostatnie w życiu pszenne buły z sezamem. Komisyjnie zjemy kupną szynkę i poprawimy wafelkami. Tak śmy zdecydowali.
Panie Boże, czy Ty mnie nie przeceniasz?...
Czy naprawdę musiałeś mi tę celiakię...? I Jemu?
Poruszyłam niebo, piekło, ziemię.
Zrujnowałam całe życie.
Oby było warto.
Obym mogła to odwrócić.
CELIAKIA.
Game over.
A tu (klik) jest praca, która uratowała nam życie.
Niestety, profy "się na tym nie znają" i odesłały mnie do ZOZ-u, który również się na tym nie zna.
Bogu W Niebiesiech dziękuję, że JA się na tym ZNAM.
Wierzących proszę o Modlitwę.
Wyjątkowo... dziękczynną, w naszej intencji.
Aha, i dziękuję również Siostrom Karmelitankom Bosym (klik). Tak cichutko DZIEKUJĘ. I Wszystkim, którzy się za nas skutecznie pomodlili.
Może to początek.
Nowego życia.
Bez buły pszennej z sezamem. Bez Harnasia.
Otóż właśnie komisyjnie zjemy ostatnie w życiu pszenne buły z sezamem. Komisyjnie zjemy kupną szynkę i poprawimy wafelkami. Tak śmy zdecydowali.
Panie Boże, czy Ty mnie nie przeceniasz?...
Czy naprawdę musiałeś mi tę celiakię...? I Jemu?
2012-03-14
MAM :-)
Okej, mam pięć Pań do testowania pierwszych pięciu wzorów!!!
Jak tylko zrobię kolejnych pięć - zaraz zapodam kolejny nabór :-)
BARDZO dziękuję!
Prośba do Wszystkich: Kochane, spróbujcie BEZ legendy wydziergać taki prościutki motywek (obojętne według którego wariantu):
UWAGA:
Problemy mogą się pojawiać przy rozpoczynaniu i kończeniu przeplotów
(na diagramie symbole ML MR oraz taka linia pozioma przez 4 oczka).
MR - wkłuwamy drut w oczko poniżej, przerabiamy na prawo, nie zdejmujemy oczka z druta, wkłuwamy w oczko bieżące, przerabiamy na prawo, zdejmujemy. Czyli dobieramy oczko "z prawej strony".
ML - przerabiamy na prawo bieżace oczko, nie zdejmujemy, teraz wkłuwamy w ocz poniżej, przerabiamy na prawo, zdejmujemy - czyli dobieramy oczko "z lewej strony". Teraz: mamy na prawym drucie te dobrane (one są zawsze obok siebie) - 4 oczka.. Przekładamy je na lewy drut jak leci i z powrotem na prawy, ale (!) zamieniamy miejscami oczko drugie z oczkiem trzecim, trzymając trzecie z przodu.
Gubienie:
- mamy 4 oczka prawe na lewym drucie.
Zamieniamy miejscami drugie z trzecim, trzymając trzecie z przodu i przerabiamy NA LEWO - dwa pierwsze razem i potem na lewo dwa drugie razem. Z czterech robią się dwa.
"Kropka" oznacza oczko lewe na prawej stronie i oczko prawe na lewej stronie. Lewą stronę przerabiamy jak "schodzi z druta" - prawe na prawo, lewe na lewo. Szarry kwadracik oznacza "brak oczka" (w robótce).
Pytanie: który z tych wariantów jest bardziej intuicyjny? Tz. czy da się czytać ten schemat bez ciągłego odwoływania się do legendy?
Albowiem ja mam CEL. Moim celem nie jest napisać ksiązkę, która będzie cukierkiem za szybką, jak większość takich pozycji, kiedy szlag nas trafia, że coś się DA (bo widzimy efekt), ale niekoniecznie MY wiemy JAK... Otóż ja chcę:
- spopularyzować pewne podejście do takich wzorów
- spowodować, że Siedząca z Drutami zobaczy taki "przeplotowy wzór" (gdziekolwiek) i automatem będzie WIEDZIAŁA, jak się go "robi". Nie musi sama projektować, ale ma mieć bazę do czytania wszystkich schematów, a co za tym idzie ma ROZUMIEĆ zasadę, wówczas sposób notacji będzie zupełnie obojętny.
PS. : Pomoc (ołówkiem po schemacie)
A dlaczego się tak zaparłam, żeby nauczyć... Bo...
Bo przerabiam przeplotami 40 rzędów na godzinę (52 oczka w rzędzie), z głowy, bez schematu, bez legendy, bez niczego... I to się da!!! A da się nie dlatego, że ja taka genialna jestem, a Boże broń! Da się, ponieważ wiem, jak to działa. I każdy tak może :-)
Jak tylko zrobię kolejnych pięć - zaraz zapodam kolejny nabór :-)
BARDZO dziękuję!
Prośba do Wszystkich: Kochane, spróbujcie BEZ legendy wydziergać taki prościutki motywek (obojętne według którego wariantu):
![]() |
| wariant I |
![]() |
| wariant II |
Problemy mogą się pojawiać przy rozpoczynaniu i kończeniu przeplotów
(na diagramie symbole ML MR oraz taka linia pozioma przez 4 oczka).
MR - wkłuwamy drut w oczko poniżej, przerabiamy na prawo, nie zdejmujemy oczka z druta, wkłuwamy w oczko bieżące, przerabiamy na prawo, zdejmujemy. Czyli dobieramy oczko "z prawej strony".
ML - przerabiamy na prawo bieżace oczko, nie zdejmujemy, teraz wkłuwamy w ocz poniżej, przerabiamy na prawo, zdejmujemy - czyli dobieramy oczko "z lewej strony". Teraz: mamy na prawym drucie te dobrane (one są zawsze obok siebie) - 4 oczka.. Przekładamy je na lewy drut jak leci i z powrotem na prawy, ale (!) zamieniamy miejscami oczko drugie z oczkiem trzecim, trzymając trzecie z przodu.
Gubienie:
- mamy 4 oczka prawe na lewym drucie.
Zamieniamy miejscami drugie z trzecim, trzymając trzecie z przodu i przerabiamy NA LEWO - dwa pierwsze razem i potem na lewo dwa drugie razem. Z czterech robią się dwa.
"Kropka" oznacza oczko lewe na prawej stronie i oczko prawe na lewej stronie. Lewą stronę przerabiamy jak "schodzi z druta" - prawe na prawo, lewe na lewo. Szarry kwadracik oznacza "brak oczka" (w robótce).
Pytanie: który z tych wariantów jest bardziej intuicyjny? Tz. czy da się czytać ten schemat bez ciągłego odwoływania się do legendy?
Albowiem ja mam CEL. Moim celem nie jest napisać ksiązkę, która będzie cukierkiem za szybką, jak większość takich pozycji, kiedy szlag nas trafia, że coś się DA (bo widzimy efekt), ale niekoniecznie MY wiemy JAK... Otóż ja chcę:
- spopularyzować pewne podejście do takich wzorów
- spowodować, że Siedząca z Drutami zobaczy taki "przeplotowy wzór" (gdziekolwiek) i automatem będzie WIEDZIAŁA, jak się go "robi". Nie musi sama projektować, ale ma mieć bazę do czytania wszystkich schematów, a co za tym idzie ma ROZUMIEĆ zasadę, wówczas sposób notacji będzie zupełnie obojętny.
PS. : Pomoc (ołówkiem po schemacie)
A dlaczego się tak zaparłam, żeby nauczyć... Bo...
Bo przerabiam przeplotami 40 rzędów na godzinę (52 oczka w rzędzie), z głowy, bez schematu, bez legendy, bez niczego... I to się da!!! A da się nie dlatego, że ja taka genialna jestem, a Boże broń! Da się, ponieważ wiem, jak to działa. I każdy tak może :-)
2012-03-13
Przemyślcie temat
Poieważ potrzebuję testować. Mam tych 5 szaliczków gotowych. Czyli mam 5 zestawów kulek, 5 różnych warkoczy i 5 różnych motywków. Potrzebuję pięciu Osób.
Każda Chętna Osoba będzie miała za zadanie:
- przetestować jeden warkocz i jeden motyw ze schematu
- przetestować jeden warkocz i jeden motyw (inny niż wyżej) z zapisu tekstowego
- przysłać mi mailem fotki wydzierganych próbek
Zrobimy zapisy wg numerów - powiedzmy Osoba otrzymuje warkocz nr 1 motyw nr 1 do testowania schematu oraz warkocz nr 2 i motyw nr 2 do testowania opisu, itd ;-) O zgłoszenia bardzo proszę mailowo (TYLKO, tu nie piszemy) na celtic.patterns.for.artists(at)gmail.com - jak sobie uzbieram pierwszych 5 Osób to zapodam, że zapisuję na następne pięć...
Bo mi się wzięło i rozrosło :(
20 szaliczków mi się zrobiło :(
A co za tym idzie 20 paneli (motywów) i 20 warkoczy, a oprócz tego będą takie większe... Czyli nie ma szans, żeby dwie-trzy dały radę to przetestować.
Warkocze mają szerokość ok 13 oczek. Motywy (na razie) mają ok. 30 oczek, nie są duże... No i w ogóle narysowałam dopiero tych pierwszych pięć, resztę dziergam z głowy i z jakichś szkiców, com miała zachomikowane... Nie ma na co czekać, a to musi być sprawdzone i ja muszę wiedzieć, czy te schematy i opisy mają sens... Pomyślcie... Opisów jeszcze nie ma, bo muszę na ten nowy język przetworzyć, ale schematy są i można robić... Czyli mogę wysłać obrazki z symbolami, w zasadzie... już :-)
Każda Chętna Osoba będzie miała za zadanie:
- przetestować jeden warkocz i jeden motyw ze schematu
- przetestować jeden warkocz i jeden motyw (inny niż wyżej) z zapisu tekstowego
- przysłać mi mailem fotki wydzierganych próbek
Zrobimy zapisy wg numerów - powiedzmy Osoba otrzymuje warkocz nr 1 motyw nr 1 do testowania schematu oraz warkocz nr 2 i motyw nr 2 do testowania opisu, itd ;-) O zgłoszenia bardzo proszę mailowo (TYLKO, tu nie piszemy) na celtic.patterns.for.artists(at)gmail.com - jak sobie uzbieram pierwszych 5 Osób to zapodam, że zapisuję na następne pięć...
Bo mi się wzięło i rozrosło :(
20 szaliczków mi się zrobiło :(
A co za tym idzie 20 paneli (motywów) i 20 warkoczy, a oprócz tego będą takie większe... Czyli nie ma szans, żeby dwie-trzy dały radę to przetestować.
Warkocze mają szerokość ok 13 oczek. Motywy (na razie) mają ok. 30 oczek, nie są duże... No i w ogóle narysowałam dopiero tych pierwszych pięć, resztę dziergam z głowy i z jakichś szkiców, com miała zachomikowane... Nie ma na co czekać, a to musi być sprawdzone i ja muszę wiedzieć, czy te schematy i opisy mają sens... Pomyślcie... Opisów jeszcze nie ma, bo muszę na ten nowy język przetworzyć, ale schematy są i można robić... Czyli mogę wysłać obrazki z symbolami, w zasadzie... już :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)







